Tak jakoś odwilżowo! A pod koniec tygodnia to w ogóle ma być na plusie dycha-tak więc oczywistość taka, że nie szczypie w nos jak rano lecę do krów no i nie grabieja mi ręce:)
Wczoraj był Pan Kowal u koników , "robił im kopytka"-nie to żeby nie miały zrobionych, ale po prostu obcinał to co zbędne-bo Pastercia wyglądała już jakby z przodu miała dwie płetwy(spoko -to pewnie nawet jej by się przydało na wiosnę kiedy moje łąki pod wodą!), i było konieczne skrócenie ich i ładne wypiłowanie-no taki pedikiur pikny teraz-kopytka jak od najlepszej kosmetyczki, Promcio jedynie pilniczkiem miał zrobioną delikatna korektę -bo to młody koń i jeszcze niewiele trzeba ucinać!
Końskie skrawki kopyt uwielbiają jeść psy...Myślicie -obrzydlistwo, i tak i nie , końskie kopytko jest to taki twór rogowy co to go psy kochają jeść nad życie-miały taką radochę wczoraj przy wygrzebywaniu resztek. Reklama wiodła prym i odgryzała Haska aż furczało-posłuch musi być i pierwszeństwo do miski też...
Przypomniała mi się o psach bardzo fajna historia, kiedyś jak byłam małą dziewczynką(zamierzchłe czasy-ale jednak), i chodziłam z mamą na wieczorne spacery po obrządku wraz z psem-mieliśmy wtedy Morusa(wilczuropodobnego kundelka),to najfajniejszą rzeczą wieczoru i punktem centralnym były szaleńcze biegi psów przy siatce! Cóż to takiego, otóż spacerowałyśmy sobie z mamą podziwiając rechotanie żab(maj to jednak najmilejszy czas do takich spacerów) a piękny ich kumkot przerywany trelami słowika(mieszka u nas na sadku słowik i takie trele daje, że czasem po nocach nie da się spać-no oczywiście jak jest pora treli jego) stawał się całkiem nie do usłyszenia przez szczekanie Morusa z sąsiadowymi psami. Jakiś 30metrów siatki-ot - płotu normalnego; po jednej stronie Morus po drugiej 2 psy sąsiadowe i ogień!! znaczy co łapy pozwolą wyskoczyć do przodu i szczek-jazgot taki, że światła w okolicznych podwórkach sie zapalały i ludzie wyglądali co zacz..? A psy -ach jak one kochały się gryźć przez tę siatkę -i myli sie ten kto uważa, że to był bardzo nienawistny spór... Kiedy raz dla próby otworzyłyśmy bramkę-po prostu obwąchały się od psiego nosa do końca ogonka , poczym ruszyły wzdłóż siatki z jeszcze wiekszą radochą szczekając....Było to świetne-ale i trochę dokuczliwe dla ucha, dlatego czym prędzej opuszczałyśmy ten kawałek drogi i szłyśmy dalej do bajorka z żabami-tam Morus już zachowywał się poprawnie.
Sikory zwykłe, bogatka jedna co to u nas też ma stołówkę i dużo "żółtych brzuszków" opędzlowały już 3 torebkę słonecznika,trochę dopomogły nam nasze niedobitki kur (tych co Reklama z Haskiem nie zdążyli oszamać). Bażant tylko jeden w tym roku-ale taki śliczny-można go do pawia porównać-bo dostojnością i wyniosłością mu dorównuje, również się dokarmia u nas, śpi na śliwce prawie na czubku-jej- jak on to robi, że nie bachnie z tej gałęzi na swój bażanci dziób?
Synka mam jeszcze w domu, ospa nie odpuśicła od tak, była to bardzo wstętna dużokraściasta jej odmiana na dodatek jeszcze sie zakatarzył i kaszlał, więc siedzi jeszcze w domku. Na ostatni tydzien ferii przyjechała do córki koleżanka z koni (z obozu końskiego z wakacji znajoma), i było świetnie mieć jeszcze jedną "córeczkę" przez tydzień-zresztą tak dobrego i grzecznego dziecka ze świecą szukać-przy niej cechy moich diablątek wydawały sie bardziej diaboliczne:) Chodziły do naszych koni, pomagały mi w obrządku (we dwie raźniej), chodziły na płytkie sadzawki na łyżwy-po mimo, że mróz wtedy mroził. Miały tylko jedną parę łyżew więc jeździły-każda po jednej sztuce:), no i normalnie też , wracały po tych zimowych spacerach z rumieńcami na bladych buźkach, z siniakami na łydkach , ale takie roześmiane i głodne...Ja szykowałm wegetariańskie jedzonko-bo nasz gość właśnie nie jest mięsożerny i wieczorem graliśmy w kenta! Jejku jak wspaniale grać w kenta!! Jak fajnie ogądnąć po raz nasty "Mamamia" i wyśpiewywać razem z Brosnanem S.O.S...
Jak już odjechał pociąg z tą fajną śmieszką zrobiło mi się trochę smutno, ale wiem też z telefonu od jej mamy, że bardzo jej się u nas podobało i zamierza kiedyś zamieszakc na wsi-hihi, na razie mieszka w dużym mieście...a na kolejny dłuuuugi wekend -kiedy to tam nie wypada-ma znów przyjechać-bo te konie...bo gra w kenta i wygłupanie się z naszym najmniejszym Chmielkiem..
Rozpisałma sie o niczym, a tu czas jakoś wziąć się do nasionek-przyszły wczoraj w duuuużej paczce. Najpierw papryki i pomidorki. Taaa a sałata? Folia na podwórku poszarpana jeszcze przez jesienne wiatry...dziura na dziurze! Jakoś to muszę ogarnąć.
Ciepło ciepłem-ale jakoś nie wierzę, że zima tak łatwo odpuści-jeszcze się z nami trochę pobawi w kotka i myszkę i napędzi nam lodowatym wichrem mroźnego stracha:)
Buziam Wasza Chmielka
Nasionkami przypomniałaś mi czas, gdy zajmowałam się przydomowym ogrodem. Tak, właśnie ogrodem, a nie ogródkiem, bo ten ogród był naprawdę duzy. Na przełomie lutego i marca wysiewałam pierwsze nasiona na późniejsze sadzonki i od tej chwili, przez ładnych kilka tygodni wszystkie parapety mojego domu obstawione były skrzynkami, skrzyneczkami i specjalnymi korytkami z tektury, w których wschodziły wątłe roslinki, z czasem nabierające krzepy :)
Nie miałabym już teraz siły na ten ogród, ale wciąż mi go szkoda.